VRATISLAVIA.PL


Dolny Śląsk - dziedzictwo zawłaszczane i zatracane
Artur Adamski

Sięgając po jakąkolwiek wydaną przed laty publikację o dziejach południowo-zachodniej części Polski - wkraczamy w krainę absurdu. Zagłębiając się w lekturę najczęściej dowiadujemy się o jednoznacznie piastowskim i polskim średniowieczu, po czym historia urywa się, następuje wyrwa licząca około połowy tysiąclecia, aż region "powraca do istnienia" w okolicach powstań śląskich.

      Szczytem (a może raczej - dnem) tej groteski są "Polskie dzieje Śląska" K. Popiołka. Marna, choć drukowana w ogromnym nakładzie broszurka, w latach PRL-u miała stanowić podstawę kształcenia "świadomości regionalnej" młodych wrocławian, legniczan, jeleniogórzan. Bywając wówczas w czytelni Gabinetu Śląsko-Łużyckiego wrocławskiej Biblioteki Uniwersyteckiej, w jednym z regałów widywałem wtedy przygnębiającą, acz symboliczną, półkę. O szereg opasłych tomisk ze złotymi napisami "Geschichte Schlesien" na grzbietach - opierała się miniaturowa książeczka, której tytuł brzmiał właśnie "Polskie dzieje Śląska"... Jakby na przekór partyjnej propagandzie, wg której niemieckość na Śląsku była jedynie wynikłym z germańskiego podboju epizodem, sam szereg książek na półce z kompendiami dziejów regionu - uderzał skrajnie przeciwstawnymi proporcjami.
      Jako wątek satyryczny warto może przypomnieć, że w jednym z przewodników pisano, iż twórcą Hali Ludowej nie jest architekt niemiecki Max Berg, lecz (w domyśle - Polak) ... Maksymilian Góra! Według tego samego schematu "przerabiano" Hansa Poelziga na Jana Polickiego, Hochbergów von Pless na Pleskich itd. Podobnie - w czasie zabiegów konserwatorskich (np. we wrocławskim kościele św. Elżbiety) orły pruskie lub austriackie modyfikowano tak, by przypominały polskie.
      Zaznaczyć jednak też trzeba, że rzetelność niemieckich opracowań poświęconych dziejom Śląska - przynajmniej do niedawna też pozostawiała sporo do życzenia. Wiele publikacji firmowanych przez środowiska "wypędzonych" odpowiada swym poziomem wytworom naszych "głosicieli polskości ziem północnych i zachodnich". Jeszcze z wydanej siedem lat temu w RFN książki H. Seidela i E. Locha "Obernigk bei Breslau" zieją przekłamania nie ustępujące "twórczości" "polonizatorów". Możemy się np. dowiedzieć, że niemieckie osadnictwo na średniowiecznym Śląsku zagospodarowywało ziemie niemal bezludne a rzemiosło przed pojawieniem się przybyszy z Zachodu - prawie nie istniało. Obecności jakichkolwiek Polaków w najbliższej okolicy jakby nie dostrzegano - i to przez całe stulecia. Wspomnienia dawnych mieszkańców Kreis Trebnitz (powiatu trzebnickiego) to ciekawe świadectwo poglądów i potocznej wiedzy o najbliższym świecie. Dla ówczesnych niemieckich Ślązaków wydarzenia roku 1918 były czymś niepojętym. Wybuch Powstania Wielkopolskiego, błyskawiczne objęcie nim obszarów odległych ledwie 60 km od Wrocławia, zwycięska obrona Rawicza i ustalenie polsko - niemieckiej granicy kilka kilometrów na północ od Żmigrodu - postrzegano jako niespodziewany i niczym nie zawiniony kataklizm nieznanego pochodzenia.
     Są jednak podstawy by sądzić, że nasi zachodni sąsiedzi, podobnie jak my, w przedstawianiu dziejów zbliżają się wreszcie do historycznej prawdy. Kilkakrotnie uczestniczyłem w spotkaniach z byłymi mieszkańcami Dolnego Śląska. Bywało, że dopiero przy ich okazji do dawnych wrocławian docierało, iż ich opuszczony "heimat" był zasiedlany przez pogorzelców z Warszawy, jedynych ocalałych mieszkańców wołyńskich osiedli, wygnańców ze Lwowa, szukających swego miejsca więźniów Syberii a także - robotników przymusowych z Generalnej Guberni (w Festung Breslau przebywało ich ok. 30 tys.). W Niemczech bowiem zmiany granic po 1945 roku i wysiedlenia najczęściej przedstawiane były bez kontekstu historycznego. Ze wspomnień i "historycznych" opracowań można było odnieść wrażenie, że "wypędzenie" nie było następstwem hitleryzmu z wszystkimi jego potwornymi owocami, lecz znów nagłą i niespodziewaną krzywdą bez przyczyny.
     Upadek komunizmu i likwidacja cenzury nie sprawiły, że o Dolnym Śląsku od razu zaczęto pisać rozsądnie. Po epoce, w której negowano niemiecki udział w budowie świetności regionu - tłumy pismaków rzuciły się, by zaprzeczać jakimkolwiek związkom Dolnego Śląska z Polską. Tendencja ta przybiera często postać nowej "krainy absurdu", w której tym razem polscy publicyści wytężają umysły, by jakimś sposobem zaprzeczyć najbardziej oczywistym faktom i, na ile to możliwe, "zagrzebać" dolnośląskie dokonania swoich rodaków. Mam nadzieję, że jest to wynikiem jedynie niewiedzy i głupoty. Dziennikarz "Odry" w swym wywodzie ironizuje, że Wrocław zawsze był nam bardzo bliski, gdyż czasem "Polacy przez to miasto przejeżdżali a niektórzy nawet w nim nocowali". Włodzimierz Kalicki z "Gazety Wyborczej", w płaskim tekściku pt. "Nasze niemieckie miasta" o Wrocławiu, Opolu i Wałbrzychu pisze, że są to "niemieckie miasta podarowane nam przez historię" - "już nasze i ciągle jeszcze nie nasze". Bywa, że myśli równie płytkie wymkną się też uznanym autorytetom. W podobnym bowiem duchu w jednym z felietonów wypowiedział się Włodzimierz Odojewski. Znacznie wcześniej, w znakomitym skądinąd eseju "Dwie ojczyzny, dwa patriotyzmy" Jana Józefa Lipskiego też ujawniły się słabsze intelektualnie aspekty. Poprzez sugestię jego obcości - kwestia śląskiego dziedzictwa kulturowego zaznaczona tu została po prostu trywialnie. Może to zabrzmi po belfersku, ale sądzę, że negowanie związków Wrocławia z Polską - nawet w jego "najbardziej niemieckich" czasach - wynika z najzwyklejszej ignorancji polegającej na niedouczeniu geografii połączonej z ograniczoną zdolnością logicznego myślenia. Przez same swe położenie Wrocław był zawsze skazany na związki gospodarcze - jeśli już nie z państwem polskim, to na pewno z obszarami zaludnionymi w większości przez Polaków. Załamanie niemieckiej gospodarki po I wojnie światowej najboleśniej dało się odczuć na Dolnym Śląsku, gdyż nowa granica (a tym bardziej rozpętana przez republikę weimarską wojna celna) odcięła region od kontrahentów, których większość skupiała się we wschodniej części Śląska i w południowej Wielkopolsce. Podobnie nie sposób zaprzeczyć wpływom kultury polskiej w regionie niegdyś należącym do państwa polskiego a potem przez stulecia do niego przylegającym. Związki te przez stulecia dawały o sobie znać w języku, obyczaju, czy charakterystycznych motywach architektury i sztuki. Na Dolnym Śląsku spotykamy np. typowe tylko dla Polski renesansowe popiersia mające kształt całych torsów, zamiast znanych w całej Europie - tzw. biustów. Jeszcze bardziej wyrazistym motywem są portrety trumienne. Jako wyraz szerszej tendencji wskazać warto np. fakt, że odrodzenie na Dolny Śląsk zawitało za pośrednictwem Krakowa. Stąd np. uderzające podobieństwo dziedzińca zamku Piastów w Brzegu do krużganków wawelskich i nazwiska Włochów, którzy nim trafili nad Odrę - działali nad Wisłą. Jednym z głównych mecenasów śląskiego renesansu był biskup wrocławski Jan Turzon, wcześniej piastujący godność rektora krakowskiej akademii. Utworzone w roku 1000 biskupstwo wrocławskie podlegało zresztą archidiecezji gnieźnieńskiej aż do roku 1821. Z kolei być może największym rzeźbiarzem baroku był tu Jan Urbański - autor min. katedralnych reliefów z wizerunkiem średniowiecznego obrońcy polskości - biskupa Nankiera. A jak hobbyści kwestionowania związków Dolnego Śląska z Polską zanegują to, że większość tutejszych nazw miejscowych, nawet po niemiecku - ma jednoznacznie staropolską etymologię? Co poradzą na to, że w tej dzielnicy zapisano pierwsze polskie zdanie, tu wydrukowano pierwsze polskie książki? Jak zinterpretują działalność największego mecenatu naszych dziejów - Piotra Włostowica, fundatora 77 kościołów i klasztorów, protoplasty jednego z najbardziej zasłużonych rodów Rzeczpospolitej? 55 dzisiejszych świątyń Wrocławia ma metryki średniowieczne. Najczęściej były to fundacje Piastów. Wiadomo, że przy ich budowie zasłużyli się mistrzowie niemieccy, których nazwiska nie dotrwały do naszych czasów. Wiemy za to, że bryłę katedry św. Jana Chrzciciela do obecnego kształtu, na zlecenie biskupa Przecława z Pogorzeli, doprowadził Piotr Pieszko z podwrocławskiego Ołtaszyna. Wielkie kościoły św. Marii Magdaleny i św. Krzyża - to w znacznej mierze też jego dzieła.


PAMIĘĆ PIELĘGNOWANA I ZATRACANA

      W ślad za wyczynami ludzi pióra, opętanych manią negowania związków Ziem Zachodnich z naszym krajem, podążyły lokalne władze oraz liczne środowiska i instytucje odpowiedzialne za sferę, którą można nazwać duchową przestrzenią naszego funkcjonowania. Powszechnie zaakceptowana została oczywista prawda, że Śląsk to region wielokulturowy i wpływ Niemców na jego kształt przez długie stulecia miał rozmiar decydujący. Coraz częściej jednak dzieje się tak, że oczywiste i ważne wątki polskie pozostają w zapomnieniu, podczas gdy obiektywnie drugorzędne motywy związane z kulturą Austrii, lub Prus - zyskują troskę, doczekują się nieraz zdumiewająco kosztownej pielęgnacji.
      We Wrocławiu, idąc z Rynku ul. Kuźniczą, zobaczymy min. kamienicę z nr 22 - jeden z nielicznych tu budynków ocalałych w czasie oblężenia Festung Breslau. Dom ten co najmniej od 1507 roku zwany jest kamienicą Pod Złotym Berłem. Prawdopodobnie od tego czasu wmurowany był weń kamienny szyld o takiej właśnie treści (czy gdziekolwiek równie długo wisiała wykuta po polsku "reklama" zajazdu?). Napis przetrwał Fryderyków, Bismarcka, kulturkampf i Hitlera. Legł dopiero pod młotami robotników, którym "polskie" władze w 1945 roku poleciły, w ramach "przywracania polskości", zrzucenie wszystkich niemieckich szyldów. Do dziś mowy nie ma o rekonstrukcji wyjątkowej pamiątki. Warto dodać, że w domu tym, w latach 1803 - 1805 mieszkał autor naszego hymnu narodowego - Józef Wybicki. Zamieszkiwał tu też wybitny polski wirtuoz i kompozytor - Karol Lipiński. W czasach Paganiniego - główny jego rywal do miana pierwszego skrzypka Europy, dziś - patron wrocławskiej Akademii Muzycznej. Mieszkało tu też co najmniej kilku innych, istotnych dla naszej kultury twórców, jak choćby pisarz Fryderyk Skarbek. O tych faktach na fasadzie ozdobionej tablicą z wielkim logo wykonawcy ostatniego remontu - ani śladu. Za to na końcu ulicy docieramy do gmachu Uniwersytetu Wrocławskiego. Od niedawna drzwi głównego wejścia zdobią ogromne orły Habsburgów. Dr Łukasz Krzywka, autor koncepcji rewaloryzacji zabytków uczelni, odnalazł podobne orły na najstarszych rycinach. Jak wielekroć nadawały lokalne media - zostały dokładnie zrekonstruowane, by przywrócić "historyczny" charakter miejsca. Czy jednak na pewno motyw dwugłowego ptaszyska zasługuje tu na miano "historycznego"? Na drzwiach ówczesnej Akademii Jezuickiej zostały umieszczone w roku 1702. Już w 1740, po wkroczeniu do miasta wojsk Fryderyka II, zostały zniszczone. Wisiały więc ledwie 38 lat i pieczołowicie zostały zrekonstruowane dopiero po 262 latach! Ileż setek odtworzonych pamiątek polskiej przeszłości pojawiłoby się w dolnośląskiej stolicy, gdyby zatroskano się o nie w stopniu podobnym do wydobytego z całkowitej niepamięci epizodu na drzwiach byłej jezuickiej uczelni!


ZAPOMINANE KORZENIE UNIWERSYTECKIEJ TRADYCJI

      Głośne obchody trzysetnej rocznicy utworzenia Uniwersytetu Wrocławskiego budziły we mnie pewną nutę niepokoju. Jak wiadomo - Wrocław o utworzenie swej akademii starał się już w czasie przynależności do Królestwa Czeskiego - od XV w. Król Czech i Węgier Władysław Jagiellończyk ( syn Kazimierza Jagiellończyka - dom, w którym mieszkał bywając we Wrocławiu stoi do dziś - też bez najmniejszej upamiętniającej to tabliczki) w 1505 r. wydał edykt mający na celu utworzenie uczelni. Do jej powstania jednak nie doszło ani wtedy, ani przez następne niemal dwieście lat - min. w wyniku silnej konkurencji Akademii Krakowskiej, w której studiowało wielu wrocławian. Niektórzy z nich tą drogą dostępowali nad Wisłą wysokich godności. Np. urodzony w stolicy Dolnego Śląska filozof i matematyk Michał Wrocławczyk, po ukończeniu krakowskiego uniwersytetu na pocz. XVI w.- został jego profesorem. Dopiero w 1702 r. powstała Akademia Jezuicka. W 1811 została połączona z frankfurcką Viadriną - nosząc odtąd nazwę Universitas Litterarum Wratislav. Uczelnia wykształciła min. kilku laureatów Nagrody Nobla. Do kwietnia 1939 r., kiedy to ostatni studenci - Polacy zostali relegowani a niektórzy zesłani do obozów koncentracyjnych - z uczelnią zawsze związane było mniejsze, lub większe polskie środowisko. Tym razem przypominają o tym tablice z licznymi nazwiskami tutejszych studentów poległych w polskich powstaniach narodowych. Na "Wratislavii" studiowali min. Jan Kasprowicz, Adam Asnyk, Marian Langiewicz, ks. Jan Dzierżon (największy znawca pszczelarstwa wszechczasów), Wojciech Korfanty, historyk (późniejszy rektor uniwersytetu lwowskiego) Ksawery Liske i jeden z naszych najznakomitszych literaturoznawców - Ignacy Chrzanowski. Profesorami uczelni byli znakomici filolodzy - Franciszek Celakowski, Wojciech Cybulski i Władysław Nehring - rektor w latach 1893-1894. Rektorem był też Ryszard Roepell - w XIX w. jeden z najznakomitszych historyków Polski. W 1933 roku uniwersytet stał się jednak jednym z najważniejszych w Trzeciej Rzeszy ośrodków preparowania "naukowych dowodów" na to, że Polska nie ma historycznych praw do Wielkopolski, Pomorza i Górnego Śląska. Uczelnia była też świadkiem hitlerowskich obrzędów palenia książek.
      Należy chyba postawić pytanie, czy polski wątek w dziejach "Wratislavii" wystarczy, by jednoznacznie stwierdzić, że utworzony w 1945 roku Uniwersytet Wrocławski jest prostą kontynuacją wcześniejszych wrocławskich uczelni? W roku tym całkowitej wymianie uległa kadra naukowa, wszyscy pracownicy i studenci. Nigdy wcześniej w żadnym mieście podobnej wielkości nie zdarzyła się bowiem niemal całkowita wymiana mieszkańców. Zmieniona została przynależność państwowa, narodowa, język w którym się wykłada i który towarzyszy wszystkim czynnościom. Te same zostało miejsce, budynki - w przeważającej mierze w postaci wypalonych ruin. Cudem ocalała najpiękniejsza aula - Leopoldina a w niej galeria wielkich portretów, spośród których jeden przedstawia Fryderyka II - głównego inicjatora rozbiorów Rzeczpospolitej. Kontrowersja - czy portret śmiertelnego wroga Polski może zdobić ściany głównej sali polskiej uczelni - już w 1945 roku zakończyła się decyzją, że barokowe wnętrze nie będzie okaleczane a prawda o złożonej przeszłości miejsca - uszanowana. Fryderyk w Leopoldinie spogląda na nas do dzisiaj. Cóż jeszcze zostało po ostatniej wojnie z Wratislavii, zwanej już wtedy Universitat Breslau? Namiastka obcojęzycznych księgozbiorów i okruchy pomocy dydaktycznych. A przecież uniwersytet to przede wszystkim ludzie - ich dokonania, budowana przez nich tradycja. Jeśli stwierdzimy, że dzisiejsza wrocławska alma mater jest reinkarnacją lwowskiego Uniwersytetu Jana Kazimierza - choćby z uwagi na kadrę odrodzonej tu po wojnie szkoły wyższej, której rdzeń stanowili uczeni pochodzący ze Lwowa - będzie to znacznie bliższe prawdy. Powielana ostatnio informacja, wg której wrocławska uczelnia jest drugim najstarszym polskim uniwersytetem - szczególnie przy zaakceptowaniu nieco pokrętnej interpretacji, z której wynika trzechsetlecie - też nie jest ścisła. Już w 1579 założono bowiem Uniwersytet Wileński. W 1661r., na mocy aktu fundacyjnego Jana Kazimierza, powstał Uniwersytet Lwowski. Podobnie, jak wrocławski i wileński - korzenie miał jezuickie, gdyż "wyrósł" z powstałego już w 1608 r. zakonnego kolegium. Zarówno Lwów, jak i Wilno znajdują się dziś poza granicami Rzeczpospolitej. Czy to jednak oznacza, że mamy się odżegnać od wspaniałego dorobku długich stuleci, w których te metropolie, wraz z uczelniami, tętniły polskością?
      Pod koniec lat osiemdziesiątych patronem Uniwersytetu Wrocławskiego przestał wreszcie być, budzący odrazę większości studentów i pracowników, Bolesław Bierut. Pojawiły się wtedy trzy warianty nowej nazwy uczelni. Wmyśl pierwszego - uczelnia powinna zyskać imię Jana Kazimierza. Drugi proponował nazwę "Leopoldis" - jako nawiązanie do cesarza Leopolda Habsburga - fundatora pierwszej śląskiej szkoły wyższej z 1702 roku. Trzecia propozycja zakładała pozostawienie samej nazwy - Uniwersytet Wrocławski. Przyjmując, że nazwa uczelni w istotnej mierze określa związane z nią tradycje - byłem zwolennikiem ostatniego wariantu. Nazwę tę rozumiałem bowiem jako najbardziej uniwersalną i pojemną - gotową w równym stopniu pomieścić tradycje przeniesione ze Lwowa, jak i z dawnego Wrocławia. Obawiam się jednak, że równowaga między wątkami tradycji uniwersytetu uległa zachwianiu. Jednoznacznie świętowane "trzechsetlecie", usilne wydobywanie motywów związanych z uczelnią głównie w jej pierwszych dwóch stuleciach, przy niemal zupełnym pominięciu jakże ważnych korzeni lwowskich - to amputacja tego, co dla polskich źródeł wrocławskich dokonań naukowych i dydaktycznych bodaj najważniejsze.
      Upamiętnianie przynajmniej niektórych faktów z niemieckich dziejów na Śląsku (jak i w innych częściach kraju) ma swoje uzasadnienie. Np. bitwa pod Lutynią, która nie należy do polskich dziejów, była jednak faktem na tyle znaczącym, że wymogiem przyzwoitości jest pomnik w jej miejscu. Podobnie - na uwiecznienie zasługuje działalność wybitnych niemieckich ludzi nauki i sztuki. Na pamięć szczególną - tych spośród nich, w których biografiach zaznaczyły się istotne związki z Polską. A takich nie brakowało. Wystarczy wspomnieć wrocławian - Karla Holteia, Angelusa Silesiusa czy Bogumiła Korna. Bywa jednak, że w polskich miastach zaczyna być oddawana cześć tym, którzy byli po prostu wrogami Polski. W Olsztynie omal nie odsłonięto prawie już gotowego posągu Oskara Bielana. Z ustawieniem pomnika się wstrzymano, gdyż władze miasta w końcu pojęły, że takie oddawanie czci aktywnemu działaczowi hakaty nie jest jednak najlepszym pomysłem. W Chorzowie stanął natomiast pomnik Friedricha Wilhelma von Redena - po zajęciu Śląska przez Prusy - dyrektora Wyższego Urzędu Górniczego we Wrocławiu, uchodzącego za postać zasłużoną dla gospodarki regionu. Do władz miasta nie trafiły argumenty, że działalność Redena niekoniecznie miała na celu rozwój śląskiej prowincji. Przez długie dziesięciolecia po wojnach śląskich Królestwo Pruskie traktowało bowiem zagarnięty region jako zdobycz niepewną (z Prusami łączył się jedynie bardzo wąskim korytarzem między Polską, Saksonią i monarchią Habsburgów). Stąd pierwsze dziesięciolecia pruskich rządów na Śląsku polegały wyłącznie na maksymalnej eksploatacji regionu - drogą wyniszczających podatków i wywozu wszystkich możliwych do zagarnięcia dóbr. Był wreszcie graf Reden ministrem Fryderyka II i jego następców. Potęga zaborczej armii pruskiej to w znacznej mierze jego zasługa.


ZAPOMNIANI DOLNOŚLĄZACY

      Wiele wątków narodowych dziejów popada w zapomnienie. Ilu z nas zna dokonania Benedykta Polaka? Ten trzynastowieczny mnich z Wrocławia był jednym z dwóch pierwszych Europejczyków, którzy dotarli do Azji Wschodniej. W 1245 r. na polecenie papieża Innocentego IV, wraz z Janem Piano di Carpine, ruszył z misją dyplomatyczną do Karakorum - na dwór chana Mongołów. Udział Polaka w wyprawie miał znaczenie zasadnicze gdyż, w przeciwieństwie do swego włoskiego towarzysza, znał języki ludów, przez których kraje wiodła droga. Można przyjąć nawet, że Benedykt Polak był pierwszym w Europie orientalistą. Dokonał bowiem przekładów z języka mongolskiego na łacinę oraz sporządził pierwszy opis Azji Środkowej. W przeciwieństwie do Marco Polo, którego pobyt na Wschodzie nie został w żaden sposób udowodniony i budzi liczne wątpliwości - wizyta Benedykta na dworze chana została na nim udokumentowana. Ponadto Benedykt był świadkiem w procesie kanonizacyjnym św. Stanisława Szczepanowskiego.
      O miano pierwszego polskiego uczonego światowej sławy może z Benedyktem konkurować Witeliusz. Był on synem Polki z Legnicy i niemieckiego osadnika z Turyngii. Studiował w Paryżu i Padwie. Przez wiele lat pełnił godność kanonika wrocławskiego. Jego dziełem są traktaty z medycyny, optyki, geometrii, opis budowy oka oraz cech wzroku, obszerne prace "Perspectiva" i "O częściach wszechświata".
     A kto pamięta zasługi doktora Jana Stanko? Urodził się we Wrocławiu, w swoich czasach był najwybitniejszym w Europie znawcą flory i fauny. W swych dziełach przedstawił 20 tys. łacińskich, polskich, niemieckich i greckich nazw roślin, zwierząt i minerałów. Był kanonikiem kapituły wrocławskiej a od 1469 r. - nadwornym lekarzem Kazimierza Jagiellończyka.
      Na przełomie XV i XVI w. żył we Wrocławiu pierwszy miejski fizyk - Maciej Przybyła. W latach 1542-1543 stał na czele akcji zwalczania epidemii dżumy. Jego "Instrukcja przeciw zarazie" jest pierwszą w Europie pracą z zakresu epidemiologii.
      Czy wielu z nas kojarzy nazwisko Mikulicz-Radecki? Jako wynalazca szeregu urządzeń medycznych, autor wielu pionierskich metod i operacji otwierających nowe horyzonty medycyny - być może zasługuje na miano twórcy współczesnej chirurgii. Obok Williama Stewarta Halsteda był pierwszym, który wprowadził to, bez czego nikt dziś nie wyobraża sobie lekarza z bloku operacyjnego - aseptyczną maskę i rękawice z cienkiej gumy. Profesor Mikulicz, wraz ze swą rodziną, spoczywa na cmentarzu w podwałbrzyskich Świebodzicach. Stworzony przez niego we Wrocławiu, wyprzedzający wówczas swą epokę, zespół szpitalny z salami operacyjnymi - służy do dziś.
      Czy nie nazbyt zapomnianą postacią jest bł. Czesław? Wywodził się z rodu Odrowążów, znacznego wówczas także na Śląsku, gdzie przyszedł na świat. W Bolonii uzyskał tytuł doktora, we Wrocławiu założył klasztor dominikanów. Trzynastowieczne przekazy wskazują Czesława jako głównego organizatora obrony przed najazdem tatarskim w 1241 r. Wynika z nich, że to błogosławionemu wrocławianie zawdzięczają ocalenie.
      Ilu wielbicieli muzyki Chopina ma świadomość, że nauczyciel najbardziej zasłużony w kształceniu jego talentu - Józef Elsner - pochodził ze śląskiego Grodkowa a wykształcenie zdobywał we Wrocławiu, w którym mieszkał do dwudziestego roku życia?
      Zapomnianym a ciekawym zagadnieniem są przeznaczone dla Niemców podręczniki do nauki języka polskiego - pisane i drukowane na Dolnym Śląsku. Autorem kilkunastu takich podręczników był Jan Ernesti, w XVII w. - nauczyciel Miejskiej Szkoły Polskiej we Wrocławiu. W 1616 r. "Klucz do polskiego i niemieckiego języka" opublikował nauczyciel Szkoły Św, Marii Magdaleny Jeremiasz Roter. W 1646 r. Michał Kusz, kierownik szkoły polskiej przy wrocławskim kościele św. Krzysztofa, wydał drukiem swój "Przewodnik do języka polskiego". W 1668 r. Maciej Dobracki wydał w Oleśnicy podręcznik polskiej gramatyki. "Samouczek" polszczyzny dla Niemców w 1734 r. opublikował wrocławianin Jerzy Schlag, autor wielu książek dla polskich szkół i parafii. "Manualnik do nauczenia się polskiego języka" dla uczniów wrocławskich gimnazjów w 1795 r. wydał Stanisław Stawski. Znacznie więcej literatury w naszym języku, głównie w zasłużonej oficynie rodziny Kornów, wydano w wieku XIX. Mimo, iż większość regionu była już niemieckojęzyczna, spore enklawy zachowywały wtedy jeszcze mowę przodków. Niemieccy wrocławianie powszechnie utożsamiali Polaków min. z "zielarzami", czyli dostawcami warzyw z odległych przedmieść, oraz flisakami. Julian Ursyn Niemcewicz w zapiskach z podróży po Dolnym Śląsku pisał, że "wszystko tu takie jak u nas; taż sama mowa, strój, obyczaj - wszystko świadczy, że Polska i Śląsk jednym narodem, jedną były krainą. Mimo przez tyle wieków ciągłych usiłowań Niemców została mowa polska, szczególnie w pospólstwie". Odnotował ponadto, że był "w kościele św. Krzyża na wybornym polskim kazaniu". Wincenty Pol w 1847 r. pisał, że "lud powszechnie tu włada dwoma językami a wszystkie domowe sprawy załatwia w polskim. Rzadki tu dorożkarz, który by nie mówił po polsku, wszędzie znajdzie się co najmniej jeden człowiek dobrze po polsku mówiący".
      W 1848 r. biskup wrocławski Bernard Bogedain wprowadził język polski jako wykładowy - we wszystkich szkołach ludowych rejencji opolskiej oraz obowiązkowy w seminarium nauczycielskim w Głogówku.
      Działalność wielkich Polaków na Dolnym Śląsku, barwne dzieje polskich środowisk - pozostają faktami niemal nieznanymi. Ważne wątki polskiej tradycji, znaczące osiągnięcia naszej nauki i sztuki w dawnych wiekach - popadają w zapomnienie. Zabiegi o ich uwiecznienie, nagłośnienie - ograniczają się do pojedynczych, epizodycznych akcji.


GROTESKOWE NAWARSTWIENIA

     Mam nadzieję, że bliski jest czas, w którym upowszechni się zrównoważony i zdroworozsądkowy stosunek do złożonego dziedzictwa. Wierzę, że możliwe jest współistnienie a nawet, jak wiele razy bywało, przenikanie się różnych tradycji. Zdrowe kompromisy pozwolą natomiast unikać wywoływania upiorów przeszłości i zadawania bólu - choćby w wyniku niefrasobliwości. Powiewem nowych czasów i zdrowego spojrzenia na złożoną przeszłość jest Galeria Wielkich Wrocławian. Znajduje się ona w staromiejskim ratuszu i składa się z popiersi wybitnych Niemców, Polaków, Czechów, Żydów. Pojawiło się też kilka publikacji będących pierwszymi próbami uczciwego ukazania dziejów. Wyróżnia się tu "Historia Śląska" pod redakcją Marka Czaplińskiego - chyba najbardziej przyzwoita praca o tym tytule. "Mikrokosmos" Normana Daviesa roi się od zdumiewających, trywialnych błędów. Nie zamierzam się jednak przyłączać do chóru piętnującego tę książkę. Angielskiemu autorowi można bowiem wybaczyć potknięcia w opisywaniu naszego kraju. Jego książka jest bardzo oryginalnym ujęciem tematu a myślą przewodnią autora na pewno było stworzenie dzieła możliwie obiektywnego. W rozsądnych proporcjach Davies oddał racje wszystkich nacji tworzących historię Wrocławia. Zdumiewający jest natomiast efekt pracy "zespołu naukowego", którego "lista płac" została zamieszczona na odwrocie strony tytułowej. Ilość i kaliber strasznych błędów zdradzających brak elementarnej wiedzy z programu szkoły podstawowej jest szokującym fenomenem. Co by natomiast nie powiedzieć o książkach Daviesa - w porównaniu z "dokonaniami" wielu innych obcokrajowców piszących o Polsce - są one wręcz apoteozą naszej ojczyzny.
      Ciągle częstsze są jednak sytuacje groteskowe. Na wrocławskim Placu Kościuszki stoi np. głaz upamiętniający walkę Polaków o niepodległość. Bezpośrednio pod nim znajdują się zwłoki niemieckiego bohatera narodowego - generała Tauentziena. Został tu pochowany jeszcze w XVIII wieku. Środek dzisiejszego Placu Kościuszki wskazał on w testamencie jako miejsce swego pochówku, gdyż tu dowodził potyczką na wygonie świdnickim - ważnym epizodem wojen śląskich. Do 1945 r. grób przykrywał całkowicie inny pomnik, którego autorem był Gothard Langhans - twórca berlińskiej bramy brandenburskiej.
      Pomniki na "Ziemiach Odzyskanych" często są tematem żenującym. Do upamiętnienia bitwy na polach Grunwaldu wykorzystano kamienne bloki z wysadzonego w powietrze mauzoleum Hindenburga. Część niemieckich napisów odnoszących się do zwycięzcy spod Tannenbergu - da się odczytać do dzisiaj. Podobnie rzecz się ma z wrocławskim pomnikiem gen. Świerczewskiego. W latach pięćdziesiątych wiele monumentów i rzeźb powstałych w czasach hitleryzmu "adaptowano" do nowych funkcji, gdyż łudząco kojarzyły się z obowiązującym socrealizmem.
      Absurdem jest zaprzeczanie trwających przez stulecia związków Dolnego Śląska z Niemcami. W pierwszej połowie XX wieku był to już od dawna obszar dominacji niemieckiego języka i niemieckiej kultury. Nie należy jednak przy tym zapominać, że i wkład Czechów w tworzenie wielkości regionu miał doniosłe znaczenie. Jednak w ponad tysiącletniej historii najdłużej Śląsk (tak, jak i jego stolica - Wrocław) należał do Polski. Niektóre z najbardziej znaczących faktów jej dziejów - miały miejsce właśnie tutaj. Dlaczego tak często są zapominane? Z jakiego powodu liczne "polskie ślady" są tu "zakopywane" rękami samych Polaków?

Artur Adamski, 2006

______________________________________________________________
Powrót do strony głównej VRATISLAVIA.PL
Powrót do strony Artykuły o Wrocławiu


Copyright © INSTYTUT PÓŁNOCNY - Vratislavia.pl 2005-2017